... by przedłużyć wrażenia z podróży do wnętrza książki...
„Jestem wolnym duchem, który nigdy nie miał dość odwagi na wolność.”

- Cheryl Strayed, Dzika droga. Jak odnalazłam siebie.


Założony w 1968 roku wysokogórski szlak Pacific Crest Trail, decyduje się przejść rocznie około 300 śmiałków. Nie są ich w stanie odstraszyć chłód, głód, dzikie zwierzęta czy też fizyczne wyczerpanie organizmu po tak długiej wędrówce. Bo to, co można znaleźć na ponad 4000 km trasy z pewnością jest w stanie wynagrodzić wszelki trud i wysiłek, a zdobyte doświadczenie może zmienić czyjeś życie, raz na zawsze. Tak właśnie było z Cheryl Strayed, amerykańską pisarką, która w 1994 roku, mając zaledwie dwadzieścia parę lat zdecydowała się zmierzyć z własnymi lękami, uporać z przeszłością i odnaleźć własną drogę do szczęścia w dziczy.

„Dzika droga. Jak odnalazłam siebie” to niezwykle szczera i osobista opowieść o życiu, które autorka przedstawia nam poprzez szereg wspomnień i retrospekcji. Brak ojca, oraz wczesna śmierć matki rzucają cień na wszelkie plany życiowe młodej Cheryl. Dziewczyna  nie może pogodzić się z utratą ukochanej osoby, nie potrafi zmierzyć się z bólem i cierpieniem, które niesie za sobą żałoba, przez co wpada w emocjonalną skrajność, rozwiązłość i uzależnienie od narkotyków. Krzywdzi tym siebie i wszystkich jej bliskich. Aby uciec od tak przytłaczającej rzeczywistości postanawia przejść szlak Pacific Crest Trial, na który natknęła się w jakimś przewodniku całkiem przypadkiem. 

I tu właściwie zaczyna się piękna historia o tym jak poprzez podróż można odnaleźć sens życia. Cheryl przemierza 4000 km w zbyt ciężkim plecaku i zbyt małych butach. Narażona jest często na prawdziwe katusze, wyczerpanie, głód, czy też fizyczny ból, który dla niej i tak okazuje się być bardziej do zniesienia niż jej ból psychiczny. Wie jednak, że wędrówka to nie tylko jej terapia, ale i pokuta. Pragnie znowu być silną, niezależną kobietą i przede wszystkim odpowiedzialną osobą.

Na szlaku odnajduje lekarstwo, aby zabliźnić swoje rany - piękną, dziką przyrodę: gorące pełne kurzu i kaktusów pustynie, niebezpieczne ośnieżone szczyty górskie i czarujące, różnorodne lasy. Aby zapomnieć o samotności i zabić czas, kiedy nie wędruje, Cheryl czyta: tomik poezji Adrianne Rich „The Dream of a Common Language”, „Kiedy umieram” Faulknera, „Lolitę” Nabokova, „Dublińczyków” Jamesa Joyca. Na każdym z przystanków odnajduje pudło z żywnością, banknotem 20-dolarowym i książką, która koi duszę, dotrzymuje towarzystwa, zmusza do przemyśleń lub przywołuje wspomnienia. 

„Dzika droga” nie jest ambitną literaturą, a raczej książką którą można by zaliczyć do kategorii „lekkie, łatwe i przyjemne”. Niemniej jednak bardzo przypadła mi do gustu,  przyniosła pewnego rodzaju ukojenie i nadzieję. Z jej stron bije szczerość i optymistyczny ton rozważań o tym co w życiu jest najważniejsze. To ciekawa pozycja i z całą pewnością niezwykle inspirująca. Po jej lekturze ma się nieodpartą chęć ruszenia z plecakiem na szlak.


Moja ocena: 4/6 

Cheryl Strayed
Dzika droga. Jak odnalazłam siebie
Wydawnictwo Znak literanova
Tłum. Joanna Dziubińska

Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego czego nie zrobiłeś, niż tego co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.
- Mark Twain


Czasem rodzi się we mnie głęboka potrzeba odkrywania nowego. Za oknem robi się coraz cieplej i zieleniej, a mi od wielu dni chodzi po głowie tylko jedna myśl: żeby uciec z miasta gdzieś daleko. O tym, że podróże kształcą i kształtują nie trzeba nikogo przekonywać. To najlepszy sposób na poznanie świata, innych kultur i ludzi, lub po prostu siebie. Podróże uczą pewnej elastyczności, samodzielności, tolerancji i umiejętności adaptacji. Mogą naprawdę zmienić człowieka. Często właśnie powodem, dla którego ludzie decydują się rzucić wszystko i wybyć w nieznane jest właśnie taka potrzeba zmiany. Bo w nowych sytuacjach, w samotności możemy wniknąć w głąb siebie i zrozumieć lepiej.

Przedstawiam Wam dziś 10 książek, które już od spojrzenia na same okładki inspirują mnie do podróży, lub działają kojąco (do momentu, aż nadarzy się okazja, by zarzucić plecak i ruszyć w drogę).

1. „Na zachód od Alice Springs” – Robyn Davidson


W 1977 roku, dwudziestoparoletnia Robyn Davidson zdecydowała się odbyć niesamowitą podróż. Samotnie przemierzyła 2700 km pustynnej Australii, wyruszając z samego serca kontynentu Alice Springs, aby dotrzeć do Oceanu Indyjskiego.  Może jednak nie do końca samotnie, bo towarzyszyli jej wierny psiak i cztery juczne wielbłądy. Zanim jednak wyruszyła, przez dwa lata pracowała na farmie wielbłądów, by poznać tajemnicę garbatych zwierząt, aby nauczyć się opieki nad nimi i zwyczajów ich życia. Jej książka przedstawia surowe piękno Australii; Uluru będące świętym miejscem dla aborygenów, okoliczne zwyczaje, wierzenia. Pokazuje trud wędrówki, możliwość osiągnięcia całkowitej wolności, a także obrazuje w jaki sposób człowiek może poznać samego siebie. PODRÓŻ PRZEZ AUSTRALIĘ.

2. „Dzika droga. Jak odnalazłam siebie” – Cheryl Strayed


Pacific Crest Trail to szlak turystyczny wiodący przez zachodnią część Stanów Zjednoczonych, od Meksyku po Kanadę. Dla osoby pragnącej zmierzyć się z PCT jest to ponad 4000 km  wyczerpującej wędrówki przez 3 stany: Kalifornię, Oregon i Waszyngton, dwadzieścia pięć lasów, siedem parków narodowych i ponad 1100 kilometrów pustyni. Dla młodej wówczas Cheryl Strayed, która wyruszyła w tę podróż w pojedynkę, była to próba zmierzenia się z własnymi słabościami, lękami, walka z samotnością i sobą samą. Trzy miesiące wśród dzikiej przyrody, z plecakiem ważącym połowę tego co ona sama, z licznymi pęcherzami, obtarciami, siniakami i strupami, oraz mnóstwem czasu, by przeanalizować swoje dotychczasowe życie pomogło Cheryl wrócić na odpowiednią drogę życia. PODRÓŻ PRZEZ STANY ZJEDNOCZONE - ZACHODNIE WYBRZEŻE.

3. „Wszystko za życie” – Jon Krakauer


„Wszystko za życie” to niezwykle smutna i przejmująca opowieść o Chrisie McCandlessie, młodym idealiście, który po skończeniu studiów postanowił oddać swój majątek na cele charytatywne, oraz porzucić wygodne życie i obiecującą karierę. Chris wychowany na powieściach Jacka Londona, Henry’ego Davida Thoreau i Lwa Tołstoja chce uciec od ludzi, od cywilizacji, od konsumpcyjnego stylu życia. Podróżował przez Arizonę, Kalifornię, Południową Dakotę… aż trafił na Alaskę, która niestety okazała się być jego ostatnim przystankiem. PODRÓŻ PRZEZ STANY ZJEDNOCZONE I ALASKĘ.

„Dwa lata wędruję po świecie. Żadnego telefonu, żadnego basenu, żadnych domowych zwierzaków, żadnych papierosów. Totalna wolność. Esteta, podróżnik którego domem jest droga. Uciekł z Atlanty. Nie będziesz powracał, pamiętaj sobie, najlepiej jest na zachodzie. Teraz, po dwóch latach wędrówki, nadchodzi najważniejsza i największa przygoda. Ostateczny bój, aby zabić fałszywe istnienie wewnętrzne i zwycięsko zakończyć rewolucję duchową. Dziesięć dni i nocy w pociągach towarowych i autostopem przywiodło go na wielką, białą północ. Nie będzie już zatruwany przez cywilizację, od której ucieka; wchodzi samotnie w krainę, by zagubić się w dziczy. Alexander Supertramp, maj 1992”

4. „Walden, czyli życie w lesie” – Henry David Thoreau


To niezaprzeczalny klasyk literatury amerykańskiej. Thoreau, pisarz i filozof, zainspirowany naukami swojego mentora, Emersona (również przedstawiciela transcendentalizmu), postanawia przeprowadzić pewien eksperyment i samotnie zamieszkać nad stawem Walden. Prowadzi życie w zgodzie z naturą, buduje chatę w lesie, uprawia ziemię, łowi ryby. W swoich esejach krytykuje ówczesny świat, konsumpcjonizm, bezmyślność i destrukcyjność ludzi. Przewodnią myślą Thoreau było: "Ludzie gromadzą skarby, które zostaną pożarte przez mole albo rdzę lub ukradzione przez złodziei. Prowadzą życie głupców, o czym się przekonają, gdy dobrną do końca, a może wcześniej". PODRÓŻ W GŁĄB LASU.

5. „W drodze” – Jack Kerouac


Skoro podróż to najlepiej autostopem. W nieznane. Bez grosza przy duszy, za to z szaleństwem w oczach. Tak właśnie robili bitnicy. Tułali się od miasta do miasta po Stanach Zjednoczonych buntując się wobec kultury masowej. Anarchia, indywidualizm, alkohol, narkotyki i filozofia Wschodu… ale przede wszystkim droga. Prowadząca donikąd, lub wszędzie. PODRÓŻ PRZEZ STANY ZJEDNOCZONE I MEKSYK.
– Mamo, co to za pan?
– A, to taki tramp.
– Mamuś, ja też chcę zostać trampem.

6. „Wszystko jest iluminacją” – Jonathan S. Foer


„Wszystko jest iluminacją” to między innymi świetna powieść drogi. Główny bohater, Jonathan, wyrusza ze Stanów Zjednoczonych na Ukrainę, by odnaleźć kobietę z fotografii dziadka, która uratowała jego życie w czasie II Wojny Światowej. Jako swojego przewodnika wybiera młodego chłopaka Aleksa, którego znajomość języka angielskiego pozostawia dużo do życzenia. Podczas podróży dochodzi do wielu zabawnych sytuacji, pomyłek, różnic kulturowych. I choć tak naprawdę nie jest to książka, przy której będziecie się śmiać do ostatniej strony, to i tak zauroczy Was zderzenie rzeczywistości ukraińskiej z kulturą amerykańską, pomieszanie humoru z powagą. PODRÓŻ PRZEZ UKRAINĘ.

7. „Podróże z Charleyem” – John Steinbeck


Kultowy amerykański pisarz i jego pies pudel. Razem zapuszczają się w głąb Ameryki, by poznać Amerykanów,  ich codzienne życie i problemy. Steinbeck skupia się na ludziach, zauważa  oblicze rasizmu, nietolerancji. Sprawdza  jak bardzo zmieniły się poszczególne stany z biegiem czasu i jaki jest stan kraju, o którym tak często pisał. „Podróże z Charleyem” pozwalają zwiedzić Stany Zjednoczone, odwiedzić San Francisco, czy też rozkoszować się Parkiem Yellowstone. PODRÓŻ PRZEZ WIELE INTERESUJĄCYCH MIEJSC W STANACH ZJEDNOCZONYCH.

8. „Shantaram” – Gregory David Roberts


„Shantaram” to po części historia oparta na prawdziwych zdarzeniach, a po części fikcja literacka. Jest to opowieść pewnego Australijczyka, który po tym jak dokonał napadu na bank, zostaje pozbawiony wolności. Ucieka z więzienia i po długiej tułaczce trafia do  Indii, gdzie zaczyna nowe, barwne życie bogate w różne niebezpieczeństwa, porachunki gangsterskie, nielegalne interesy. „Shantaram” pozwala zasmakować Indii, oraz kultury i filozofii Dalekiego Wschodu. Książka zdecydowanie zachęca do zgłębiania obcych kultur. PODRÓŻ PRZEZ INDIE.

9. „Wielki bazar kolejowy” – Paul Theroux


Wielka Brytania, Jugosławia, Turcja, Afganistan, Indie… 22 kraje przejechane w pociągu. Theroux snuje dość osobistą historię o czteromiesięcznej podróży, którą odbył Orient Expressem i koleją transsyberyjską. Opowiada o ludziach, których spotkał, zapachach, smakach i dźwiękach, które mu towarzyszyły, maluje obrazy egzotycznych miejsc, dusznych przedziałów pociągowych i ich korytarzy. Autor stworzył swoją małą encyklopedię lokalnych zwyczajów, różnych kultur, oraz mentalności ludzi. PODRÓŻ PRZEZ AZJĘ.

10. „Zielone wzgórza Afryki” – Ernest Hemingway


Wspomnienia Hemingwaya z safari i jego polowań w afrykańskim buszu to powieść z pogranicza literatury podróżniczej, łowieckiej i przygodowej. „Zielone wzgórza Afryki” to również portret zapierającej dech w piersiach dzikiej przyrody, zachodów słońca nad sawanną, licznych nieokiełznanych zwierząt. PODRÓŻ DO AFRYKI.

A Wy macie jakieś ulubione książki, które inspirują Was do podróży? Lub książki, w które uciekacie przed całym światem?
 „Dla człowieka, zamkniętego pod szklanym kloszem, znieczulonego na wszystko, zatrzymanego w rozwoju jak embrion w spirytusie, całe życie jest jednym, wielkim, złym snem”.

- Sylvia Plath, Szklany klosz


Ponad 50 lat temu ukazała się w Stanach Zjednoczonych jedna z najsłynniejszych powieści XX wieku – „Szklany klosz” Sylvii Plath. To zdecydowanie jedna z moich ulubionych pozycji literackich. Książka opowiada historię młodziutkiej dziewczyny popadającej w coraz większe zobojętnienie, marazm. 19-letnia Esther Greenwood doznaje głębokiej depresji; dręczą ją stany lękowe i bezsenne noce, obsesyjnie myśli o śmierci. Powieść ta jest w dużej mierze autobiograficzna, a jej początki sięgają gorącego lata 1953 roku, kiedy to nieznana jeszcze nikomu Sylvia dostała szansę na bezcenne doświadczenie zawodowe - staż w magazynie Mademoiselle. Wygórowane ambicje, marzenia i nadzieje na przyszłość rozbijają się tu o mur nowojorskiej rzeczywistości, a rozczarowanie i niemożność zaakceptowania otaczającego jej świata prowadzą do próby samobójczej. Te doświadczenia Sylvia przelała na papier w 1963 roku pod pseudonimem Victoria Lucas. Jeszcze tego samego roku pisarka popełniła samobójstwo.

Elizabeth Winder w swojej książce „Sylvia Plath w Nowym Jorku. Lato 1953” wraca do tego przełomowego momentu w życiu Sylvii, do miesiąca spędzonego w mieście, które nigdy nie śpi, podczas stażu dla „intelektualnego magazynu o modzie” – Mademoiselle. Autorka przedstawia tu Plath jako wesołą, towarzyską dziewczynę, która uwielbiała szalone przygody, dobrą zabawę i umawiała się na niezliczone randki z chłopcami. 


Jest to trochę inny wizerunek niż ten, który z pewnością mają w głowach czytelnicy „Szklanego klosza” lub „Ariel”. Nie twierdzę, że jest to obraz nieprawdziwy, ale muszę przyznać, że nie spodobała mi się teza, którą przez całe 300 stron autorka biografii próbuje udowodnić. Winder twierdzi, że „ta książka jest próbą odczarowania zbanalizowanego wizerunku Plath jako dręczonej przez demony artystki”.  Dlatego sięgając po tę pozycję będziecie usilnie przekonywani jak bardzo Sylvia uwielbiała modę, oliwkę i głęboką opaleniznę na ciele. Przynajmniej jedna trzecia książki poświęcona jest opisom garderoby połowy Nowego Jorku: materiałom, wzorom, kolorom, oraz barwnym mazidłom na twarz czy włosy. W końcu odniosłam wrażenie, że to nie próba odczarowania, a strywializowania jej wizerunku.

„Życie jest tak trudne i tak pędzi, że czasem się zastanawiam, kim jestem… życie mija tak szybko i gwałtownie, że prawie nie nadążasz żyć.”
- Sylvia Plath,  Listy do domu

Mimo to, można się doszukać licznych jaśniejszych promyczków wypływających spod pióra Winder. Wiernie oddany jest tu klimat Nowego Jorku lat 50. XX wieku; miasta gdzie obowiązywały sztywnie określone społeczne nakazy, zakazy i konwenanse. Dziewczęta, które dostały się na staż do poczytnego  magazynu są najlepszym przykładem na to, jakie wówczas panowały oczekiwania względem młodych kobiet: model damy w białych rękawiczkach i eleganckim ubiorze, która ma czas dosłownie na wszystko: naukę, czytanie książek, poszerzanie swoich horyzontów, pracę, regularne pojawianie się na wszelkich imprezach, przyjęciach i bankietach, jednocześnie nie zapominając, że pozycja kobiety w życiu społecznym jest wyraźnie określona jako przykładna żona, matka i gospodyni domowa.

Sylvia jako osoba niezwykle wrażliwa, pragnąca sukcesu, spełnienia własnych marzeń i aspiracji życiowych, ciężko znosiła krytykę innych, oraz własne porażki. Gdy nie przyjęto jej na letni kurs pisania i zauważyła u siebie coraz większe trudności z odbiorem „Ulissesa” Jamesa Joyce’a, którego czytała do swojej pracy dyplomowej, straciła wiarę we własną zdolność czytania i pisania. Po powrocie ze stażu przeszła załamanie nerwowe.

„Sylvia Plath w Nowym Jorku. Lato 1953” to coś pomiędzy biografią, a współczesnym reportażem. Autorka przyjęła technikę łączenia wspomnień koleżanek Sylvii ze stażu, z krótkimi scenkami opisującymi wydarzenia miesiąca roku 53. Nie zabrakło tu również ciekawostek i faktów dla pasjonatów literatury jakim była Sylvia. Uwielbiała Dylana Thomasa i dostała szansę przeprowadzenia wywiadu z poetką Elizabeth Bowen. W redakcji gazety pojawiali się tacy ludzie jak Truman Capote, William Faulkner czy Tennessee Williams. Jack Kerouac i William S. Burroughs po raz pierwszy byli publikowani na łamach Madamoiselle. Bo jak twierdzi Winder to właśnie ten magazyn odkrył bitników. Po latach, kiedy Sylvia przeprowadziła się do Londynu, mieszkała w starym mieszkaniu W.B. Yeatsa na Fitzroy Road. To właśnie tam 11 lutego 1963 roku, odkręcając gaz w kuchni, Sylvia odebrała sobie życie. Większość najbliższych jej osób, lub tych którzy ją znali, zareagowała z odrazą na „Szklany klosz”,  uznając, że książka przedstawia zupełnie inny obraz Sylvii, niż ten który znali.

Umieranie 
Jest sztuką tak jak wszystko.
Jestem w niej mistrzem.

Moja ocena: 3/6


Elizabeth Winder
Sylvia Plath w Nowym Jorku Lato 1953
Wyd. Marginesy 2015
tłum. Magdalena Zielińska

Czym jest jawa, jeśli nie interpretowaniem snów, albo i śnienie jeśli nie interpretowaniem jawy?

Jonathan Safran Foer, Wszystko jest iluminacją


Jonathan Safran Foer zdecydowanie wie jak przykuć uwagę czytelnika. Wystarczyło, że spojrzałam na tytuł i miałam już milion pomysłów na temat tego, czego może dotyczyć ta książka. Jak się później okazało, żaden z nich nie był trafiony. Spodziewałam się mocno surrealistycznej podróży, lub czegoś podobnego do świata jaki tworzył w swoich dziełach Bruno Schulz, którego młody amerykański pisarz jest wielkim fanem. Mimo to, Foer nie zawodzi, a wręcz przeciwnie – zaskakuje jeszcze bardziej. W swojej debiutanckiej powieści „Wszystko jest iluminacją” pisarz miesza rzeczywistość z fikcją, komedię z tragedią.  Wykazał się tak niebanalnym podejściem literatury, że naprawdę można się zachwycić wspaniałym pomysłem na fabułę i nieszablonową konstrukcją.

Książka skrywa w sobie więcej niż jedną historię i jeden głos narracyjny. Pierwszy, któremu się przysłuchujemy należy do Aleksa Perczowa z Odessy. Aleks jako przewodnik i niezbyt kompetentny tłumacz próbuje pomóc młodemu Amerykaninowi żydowskiego pochodzenia w odnalezieniu miejscowości o nazwie Trachimbrod, w której przed wojną żyli jego przodkowie. Tym młodzieńcem okazuje się być sam Jonathan Safran Foer (tak! autor zrobił z siebie bohatera własnej książki!). Jonathan uzbrojony w starą fotografię kobiety, która prawdopodobnie uratowała jego dziadka w czasie II Wojny Światowej, chce do niej dotrzeć, poznać swoje korzenie i… podziękować. Za to, że dzięki niej sam mógł się urodzić.

Podróż do nieistniejącej już miejscowości szybko przemienia się w prawdziwą komedię pomyłek. Wszystko dlatego, że tym dwóm towarzyszą jeszcze dziadek Aleksa (jako „niedowidzący” kierowca), oraz nadpobudliwa i „obłąkańcza” suczka - przewodniczka Sammy Davis Junior Junior. W tak ekscentrycznym gronie musi w końcu dojść do zabawnych różnic kulturowych, tudzież prawdziwej przepaści pokoleniowej.

Drugi głos w powieści należy do Jonathana, który spisuje pełną magii, fikcyjną historię ukraińskiego sztetla, Trachimbrodu. W książce, którą pisze próbuje odtworzyć mapę życia swoich przodków, oraz mieszkańców miasteczka, cofając się w czasie do lat 1791 – 1941. Są to różne epizody przedstawiające życie codzienne, nieraz wstrząsające, nieraz wzruszające, czasem też nawet zabawne.

Te ścieżki narracyjne zbiegają się w końcu w jedną zgłębiającą tematy ważne i trudne. Nagle uświadamiamy sobie, że nie tylko bohaterowie doświadczają iluminacji. Im bardziej brniemy w powieść, tym bardziej oddalamy się od humorystycznych absurdów i przekonujemy się, że kryją one głębszy sens. Foer nie boi się pisać o doświadczeniach wojny i Holokauście, stawia fundamentalne pytania: kim jesteśmy? Co tu robimy? Zmusza do głębszych refleksji na tematy takie jak pamięć, tożsamość i miłość. A przy tym wszystkim jego styl pisania jest niezwykle atrakcyjny, świeży i innowacyjny. Język powieści jest dosadny, sugestywny i ubarwiony wschodnim dialektem, co niejednokrotnie wywołuje uśmiech na twarzy (ukłony dla tłumacza!).

Moja ocena: 6/6


Jonathan Safran Foer
Wszystko jest iluminacją
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2003
Tłum. Michał Kłobukowski


„(...) szaleństwo stawało się akceptowalne, o ile było dość szalone i trwało dostatecznie długo.”
 - Bernice Rubens, Wybrany


Walia jest bliska memu sercu. Miałam możliwość przez chwilę pomieszkać w tym uroczym, zielonym zakątku Wielkiej Brytanii, który posiada nie tylko barwną historię, ale i niezwykle bogatą kulturę. Dlatego z zatrwożonym sercem stwierdzam jak niewiele wiem o literaturze walijskiej. Dosłownie na palcach jednej ręki mogę policzyć nazwiska autorów, którzy kojarzą mi się z krajem czerwonego smoka. Sądzę, że jest to w dużej mierze spowodowane luką na polskim rynku wydawniczym. Ze sklepowych witryn łypią na czytelników okładki książek Sary Waters lub Kena Folleta. Tyle. Oczywiście jest jeszcze Dylan Thomas, ale o dostępność jego dzieł trzeba by zawalczyć w zakurzonych zakamarkach bibliotek lub antykwariatów. Na szczęście, jakiś czas temu, polskim czytelnikom zostało zaprezentowane jeszcze jedno nazwisko warte uwagi: Bernice Rubens, która za swoją powieść „Wybrany” otrzymała nagrodę Bookera w 1970 roku.

Świat przedstawiony w powieści można w jakimś stopniu porównać do tego jaki zwykł malować Franz Kafka. Świat podzielony na dwa bieguny: absurd sytuacji i logikę. Bo oto Norman Zweck, inteligentny, młody, dobrze rokujący prawnik wszędzie widzi rybiki cukrowe. Natrętne myśli o maleńkich, srebrzystych robaczkach wędrujących sobie po ciemnych zakamarkach mieszkania bezustannie wracają do niego i nie odstępują nawet na chwilę.  Każda próba powstrzymania się od nich wiąże się z narastającym lękiem, lub niepokojem. W takiej chwili Norman chwyta pościel i biegnie do łazienki zalać ją gorącą wodą. Własne ciało traktuje butelką Dettolu i małymi okrągłymi tabletkami. Norman cierpi na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, uzależnienie od narkotyków, a także na „własną rodzinę”.

„[…]o ile […] pacjenci doznali zaburzeń, to nader często właśnie ich rodziny okazywały się zaburzające.”

Bernice Rubens udało się zamknąć ciekawy temat w niebanalnej konstrukcji. „Wybrany” to jakby poznawanie losów bohatera trochę od końca. Już od pierwszej strony dobrze wiemy, co przydarzyło się Normanowi: szaleństwo i uzależnienie. Ze smutkiem przyglądamy się konsekwencjom jego czynów: rozbitemu ojcu, oraz sfrustrowanej siostrze. Im bardziej się zagłębiamy w powieść, tym mocniej dociekamy przyczyn takiego stanu rzeczy. Pisarka fenomenalnie odkrywa przed nami tajemnice rodzinne, oraz toksyczne więzi między poszczególnymi bohaterami.


Bernice Rubens świetnie maluje portrety swoich bohaterów, niezwykle subtelnie i trafnie obrazuje ich uczucia, świat wewnętrzny, kreśli zagadki zranionych i zagubionych umysłów, tym samym budząc w czytelniku współczucie i zrozumienie zarazem. Żeby było jeszcze ciekawiej, takie mieszane uczucia przełamywane są uśmiechem. Niełatwy temat, Rubens okropiła odrobiną groteski i szczyptą brytyjskiego humoru, co świadczy o naprawdę interesującym stylu autorki. I właśnie dlatego uważam, że jej osoba powinna zostać bardziej przybliżona polskiemu czytelnikowi (zwłaszcza, że na swoim koncie ma ponad 20 wydanych powieści!). 

*Za możliwość śledzenia historii Normana i jego rybików cukrowych serdecznie dziękuję Owieczce z Wełniastego Podejścia do Literatury.


Moja ocena: 5/6

Bernice Rubens
Wybrany
Wydawnictwo Wiatr od Morza 2013
tłum. Michał Alenowicz
Lato zaczęło się tak wcześnie, że można je było prawie nazwać wiosną, przyszło jak dar i wszystko, do czego się człowiek zabierał, należało inaczej oceniać. Było mgliście i bardzo spokojnie.
- Tove Jansson, Córka rzeźbiarza


Tove Jansson, fińska pisarka oraz artystka, najbardziej znana jest na całym świecie za cykl opowieści o Muminkach. Te okrągłe białe stworki zawładnęły niejednym dziecięcym serduszkiem – swego czasu również moim. Dlatego ogromnie cieszy mnie fakt, że mama Muminków pisała również książki dla dorosłych. Jedną z nich jest wydana w 1968 roku „Córka rzeźbiarza”, zbiór 19 krótkich opowieści, w których autorka wraca do czasów swojego dzieciństwa.

Baśniowa opowieść Tove skupia się na życiu codziennym rodziny artystów, w którym miłość oraz sztuka są najwyższą wartością; dom przemieniony jest w studio pełne ulepionych z gliny rzeźb i kolorowych obrazów, a w nocy wypełniony jest muzyką – gitarą i bałałajką, oraz głosami kreatywnych rodziców i ich ekscentrycznych przyjaciół.  

W opowiadaniach Tove, świat wyłoniony z jej wspomnień przedstawiony został oczami dziecka z jego prawem do odkształcania rzeczywistości, do fantazji, do marzeń. Można tu odnaleźć prawzory niektórych postaci z Muminków, a sam wstęp nasuwa myśl, że oto znów znaleźliśmy się w Dolinie Muminków:

„Mój dziadek ze strony matki był pastorem i kaznodzieją królewskim. Pewnego razu, nim ziemię zaludniły jego dzieci, wnuki i prawnuki, dziadek natrafił na długą, zieloną łąkę, otoczoną lasami i górami. Przypominała wręcz rajską dolinę. Jednym swym końcem dochodziła do zatoki morskiej, w której mogłyby się kąpać następne pokolenia. (…) Wybudowali razem z babką duży dom o łamanym dachu, z mnóstwem pokoi, schodów i tarasów, i z ogromną werandą.”

Czytając „Córkę rzeźbiarza” zostałam totalnie zauroczona niesamowitą atmosferą jaką udało się stworzyć pisarce. Ta cieniutka książeczka jest niezwykle ciepła, pełna magii i piękna. Urocza i  wciągająca. Dzięki niej raz jeszcze możemy zatopić się w świecie dziecka; świecie, który już dawno utraciliśmy, ale dzięki Tove możemy na chwilę oszukać czas i znaleźć się w krainie, gdzie sen miesza się z jawą, a fantazja z rzeczywistością. 

* Za możliwość poznania tej niezwykle ujmującej historii małej artystki dziękuję Pani Magdzie oraz Wyd. Marginesy.


Moja ocena: 5/6


Tove Jansson
Córka rzeźbiarza
Wydawnictwo Marginesy 2016
tłum. Teresa Chłapowska

„Śmierć nic tu nie znaczyła. Dorrigo pomyślał – chociaż walczył z tą refleksją jako ze zdradziecką formą litości – że jest w niej pewna ulga. Życie oznaczało walkę w przerażeniu i bólu, ale, powiedział sobie, trzeba żyć.”

- Richard Flanagan, Ścieżki Północy


Nagrodzoną Bookerem w 2014 roku powieść „Ścieżki Północy”, Richard Flanagan zadedykował: Dla więźnia san byaku san jū go (335). Tym więźniem okazał się ojciec australijskiego pisarza, który przeżył piekło japońskiego obozu w czasie II wojny światowej. Wzięci do niewoli żołnierze byli wykorzystywani przy budowie Kolei Śmierci – 415 kilometrowej linii łączącej Tajlandię z Birmą. Ten nieprawdopodobny i niewykonalny projekt zebrał żniwo w postaci ponad 100 tysięcy ofiar. Historia ocalałego ojca zainspirowała Flanagana do napisania niezwykle poruszającej i wstrząsającej opowieści wojennej.  W niej pragnie on ocalić pamięć o zagładzie własnego narodu, o umarłych, a także przypomnieć o niedawnej obecności  tych, po których nie został nawet ślad.

Wyobraźcie sobie niewielką miejscowość w samym środku dżungli i niezwykle trudny klimat. Tam Japońscy okupanci zorganizowali obóz dla alianckich jeńców, zmuszając ich do pracy ponad siły. To tam maltretowani robotnicy karczowali dżunglę, kładli trakcje kolejowe, budowali mosty. To tam ludzkie mięśnie zastępowały ciężki sprzęt, a prymitywne warunki życia w połączeniu z bezustannym niedożywieniem prowadziły do zupełnego wyniszczenia organizmu. To tam główny bohater, Dorrigo Evans, codziennie toczy walkę o życie swoich towarzyszy.  

Młody chirurg pozbawiony jest niezbędnych mu lekarstw, oraz wyposażenia medycznego, które pozwoliłoby przynieść konającym chociaż odrobinę ulgi w najgorszych i najbardziej bolesnych momentach. Prowizoryczna sala operacyjna wygląda jak plac zabaw zbudowany przez dzieci: na wyposażeniu są puszki po konserwach, puste butelki, kradzione Japończykom noże i kable silników. To właśnie w tak prymitywnych warunkach zostały przeprowadzane zabiegi na chorych. Wszędzie dokoła tylko brud i smród rozkładających się ciał.

Z tej powieści aż bije cierpienie. Wychudzone postaci straszą spomiędzy jej stronic, a okrucieństwo japońskich i koreańskich okupantów nie zna granic. Chyba jeszcze nigdy żadna książka mnie tak nie zabolała. Sądzę, że siła przekazu tkwi w niezwykle szczegółowych i dosadnych opisach życia w obozie jenieckim. Niektóre brutalne fragmenty wręcz ściskają za gardło. Ponadto, w tę tragiczną opowieść, autor wplótł historię miłosną, która być może nie spotka się z przychylnym okiem niektórych czytelników; jest jednak dla całej powieści kluczowym elementem. Wątek ten, nie tylko, zakorzeniony jest w prawdziwej historii pewnego Łotysza, ale to właśnie on zapoczątkował pracę nad "Ścieżkami Północy".

Tytuł Flanagan zaczerpnął od żyjącego w XVII w. poety Bashō Matsuo, któremu zawdzięczamy powstanie haiku. Ścieżki Północy to poetycki dziennik z podróży. Bashō wyruszył z miejsca gdzie dziś znajduje się Tokio, na północ przez góry, kontemplując piękno krajobrazu. Mimo to, jego droga naznaczona była momentami okropnej samotności. Podróżował bez żadnego celu, czy przyczyny w myśl trywialnego przysłowia, że życie jest podróżą. Bez względu na to, czy ta podróż ma jakieś głębsze znaczenie, lub w ogóle jakiekolwiek znaczenie – musimy ją odbyć. 

I tu rodzi się pytanie, a także nawiązanie do myśli głównego bohatera - Dorriga. Jaki sens ma życie w cierpieniu i poniżeniu? Jaki sens ma życie człowieka, który przetrwał okropieństwa wojny? Człowieka biernego, przybitego, pogrążonego w marazmie, skrzywdzonego. (Życie oznaczało walkę w przerażeniu i bólu, ale, powiedział sobie, trzeba żyć). Powieść Flanagana zmusza do głębokich refleksji na temat wartości, oraz istoty ludzkiego życia. Jest to również wzruszająca i wstrząsająca historia. Każde słowo, zdanie, obraz wydeptują sobie ścieżkę do naszej pamięci. Zapadają tam na długo, tak samo jak emocje, które nie stygną jeszcze długo po odłożeniu jej na półkę. Naprawdę niezwykle dobra książka. 

Moja ocena: 6/6


Richard Flanagan
Ścieżki Północy
Wydawnictwo Literackie 2015
tłum. Maciej Świerkocki