... by przedłużyć wrażenia z podróży do wnętrza książki...
„I tak oto w tych opowiadaniach zatrzymałem piękne obrazy, które nie starzeją się wraz ze mną” 
– Bohumil Hrabal


Uwielbiam historie opowiadane z perspektywy dziecka. Takie książki są dla mnie ciekawe z kilku powodów. Przede wszystkim wywołują ciepłe uczucia. Pozwalają na chwilę beztroski i ucieczki od bieżącego życia i problemów. Po drugie, takie książki są ciekawe bo zawierają często wątki autobiograficzne autorów. Patrząc na poniższe zestawienie to chyba wszystkie bez wyjątku skrywają coś tajemniczego i prywatnego ze świata osób, które je napisały. Taka stylistyka zresztą pozwala na łączenie wizji świata dziecięcego ze współczesną refleksją autora. Takie rzeczy lubię. No i ostatnie co mi przychodzi do głowy, ale chyba najważniejsze tutaj, to że takie powieści przywołują często własne wspomnienia, przypominają rzeczy już zapomniane. 

Dlatego zachęcam, aby w ten weekend zrobić sobie ucieczkę od otaczającej nas rzeczywistości i przypomnieć jak to jest oglądać świat oczami dziecka.


„Guguły” Wioletta Grzegorzewska

„Guguły” to zbiór opowiadań o dzieciństwie i młodości Wiolki, mieszkającej w małej wsi Hektary na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Wiolka opowiada o swoim świecie w czasach PRL-u, swojej zwykłej, wręcz banalnej codzienności jak chodzenie  do szkoły, zabawy z innymi dziećmi, jak polowanie na chrabąszcze. Wspomina również trudny okres dojrzewania, cierpki jak tytułowe guguły. Jej narracja jest nieco melancholijna, ale bardzo sugestywna. 


„Córka rzeźbiarza” Tove Jansson

Baśniowa opowieść Tove skupia się na życiu codziennym rodziny artystów, w którym miłość oraz sztuka są najwyższą wartością; dom przemieniony jest w studio pełne ulepionych z gliny rzeźb i kolorowych obrazów, a w nocy wypełniony jest muzyką – gitarą i bałałajką, oraz głosami kreatywnych rodziców i ich ekscentrycznych przyjaciół.  Tove opowiada z perspektywy małej dziewczynki o zabawach, przygodach i o domu, a opowiada w sposób niezwykle czarujący i urzekający.


 „Śmierć pięknych saren” Ota Pavel

Ota Pavel ciężko chorował i często przebywał w szpitalach psychiatrycznych. Pisanie miało dla niego charakter terapeutyczny. W „Śmierci pięknych saren” pamięcią wraca to swojego taty, który był komiwojażerem i maniakalnym wędkarzem, wraca do groteskowych historii o ojcu, które rosną tu niemal do rangi legend. Napisane z humorem i optymizmem opowiadania przenoszą do mitycznej krainy dzieciństwa i baśniowego świata przyrody. 

A Wy co czytacie w ten weekend? I jakie książki skrywające krainę dzieciństwa lubicie i polecacie?
… wielkie rzeczy zaczynają się od drobiazgów codziennego życia…

Kierowca autobusu Paterson o poezji myśli bezustannie. Prowadząc miejski autobus, słuchając rozmów pasażerów, wędrując po uliczkach miasta Paterson. Ma też zeszyt. W zeszycie spisuje wszystkie swoje obserwacje i refleksje w postaci wierszy. Pisze w pracy, zanim jego zmiana się rozpocznie, pisze niczym Frank O’Hara podczas swojej przerwy na lunch. Bez szaleństw i skrajnych emocji, za to pięknie i prosto o zwyczajnej codzienności. To portret poety oczami Jima Jarmuscha. Ten portret bardzo mi się podoba, bo właśnie tak wyobrażam sobie wspomnianego w filmie poetę Williama Carlosa Williamsa. Chociaż sam film o Williamsie nie jest, to wystarczy kilka jego wierszy, by znaleźć nić powiązań. Ba! A nawet całe sieci! 

Gra
Subtelny, mądry mózgu, rozsądniejszy ode mnie,
Jakimi podstępnymi sposobami udaje ci się
Pozostać bezczynnym? Poucz mnie, mistrzu.

William Carlos Williams niezbyt jest znany polskim czytelnikom. Po pierwsze dlatego, że poezję w Polsce czytają nieliczni, a po drugie długo był poetą nieobecnym w przekładzie na język polski. Jest to jednak obok Ezry Pounda i T.S. Eliota jeden z największych nowatorów poezji anglosaskiej XX w. Urodził się w 1883 roku w Rutherford, w stanie New Jersey. W jego żyłach płynęła krew angielska, baskijska, holenderska i żydowska. Dla podkreślenia swojego latynoskiego pochodzenia i zamazania nieco pospolitego nazwiska, zaczął używać drugiego imienia Carlos. W 1906 roku ukończył studia medyczne. Praktyka lekarska nie przeszkodziła mu jednak w rozwijaniu zainteresowań i kariery literackiej. Przeciwnie, to medycyna nauczyła go obserwacji i przenikliwego spojrzenia na świat. Czytając wiersze Williamsa nietrudno jest zauważyć, że czerpie on inspiracje z otoczenia.

William Carlos Williams, 1914
Czerwona taczka

Tak wiele zależy
od
czerwonej
taczki
lśniącej
po deszczu
obok białych
kurcząt

 Jego wiersze są jak obrazy. Przedstawiają rzeczywistość skupiając się na drobiazgach życia codziennego, dostrzegając piękno w brzydocie. Jego wiersze są jak listy. Pisane tylko dla jednej osoby - nie dla całego świata. Skromne, oszczędne w stylu, bezpośrednie i proste.
Pisał o śliwkach, które były w lodówce i czerwonych taczkach znajdujących się obok białych kurcząt…, o kocie wspinającym się po szafce kuchennej, zaniedbanych domach i zaśmieconych podwórkach, o trampie wygrzewającym się w słońcu i chwiejącym się na nogach pijaku. Opisywał ludzi, których spotykał błądząc po dzielnicach swojego miasteczka i zmieniające się pory roku, jak gdyby to były obrazki na widokówkach.


Chcę ci tylko powiedzieć
że zjadłem
śliwki
które były
w lodówce

i które zapewne
przeznaczyłaś
na śniadanie

Wybacz mi
były wyborne
takie słodkie
i takie zimne

William Carlos Williams ma oko do obserwacji otoczenia. Udowadnia, że życie jest poezją. Wystarczy nadać jej kształt w słowach. Na koniec mój ulubiony: spokojny i refleksyjny, na jesienne smutki.

          To są właśnie…

… te przygnębiające i ciemne tygodnie,
kiedy jałowość natury
dorównuje niedorzeczności ludzi.

Rok zanurza się głęboko w noc,
a serce zapada
głębiej od nocy

w przewiane pustkowie, gdzie nie ma
słońca i gwiazd, i osobliwe
światło, jakby światło myśli

zapala ciemny
ogień, wiruje
w chłodzie, wyjawia

nieświadomym przybyszom
odsłaniające się dziedziny
samotności – Nawet zjawa
łaknie uścisku – otchłań,
rozpacz – (Razem
skowyczą i jęczą) pośród

błyskawic i łoskotu wojny;
domy, gdzie zimno mieszkań
jest nie do wyobrażenia,

tłumy nieobecnych, których
kochaliśmy, puste łóżka, wilgotne
kanapy, opuszczone krzesła –

Niech wezmą je dokądś poza świadomość,
niech im pozwolą zakorzenić się
i rozrosnąć, nie bacząc na zawistne

oczy i uszy – dla siebie samych. Wszyscy
przychodzą drążyć ten sam podziemny chodnik.
Czy to tam jest związek najsłodszej

muzyki? Źródłem poezji, która mówi
na widok zatrzymanego zegara:
czyżby zatrzymał się zegar,

co wczoraj szedł tak dzielnie?
i słucha szmeru wody
w jeziorze skamieniałym.

 Polecam:

Spóźniony Śpiewak
William Carlos Williams
Biuro Literackie 2009
tłum. Julia Hartwig

Paterson
reż. Jim Jarmusch
„W podróży akceptuje się wszystko, oburzenie zostaje w domu. Patrzy się, słucha, zachwyca się najstraszniejszymi rzeczami, bo są nowe.” 
 
- Elias Canetti, Głosy Marrakeszu  
  
                                                                                 
„Jego książka ma doskonałość i wiarygodność migawkowej fotografii”. W tym jednym zdaniu, Roberto Calasso, niezwykle trafnie określił styl noblisty Eliasa Canettiego. Czytanie „Głosów Marrakeszu” można przyrównać do oglądania albumu pełnego pięknych zdjęć z podróży. Na zdjęciach uchwycone są obrazy ludzi, zwierząt, miejsc w których znalazł się autor. Jest tu intymność i prywatność mieszkańców Maroka.

W 1954 roku, Elias Canetti towarzyszy angielskiej ekipie filmowej w Marrakeszu. Podróżując, pomija główne ulice miasta, zaszywając się w bocznych, ciasnych zaułkach, błądząc po dzielnicy żydowskiej mellah, odwiedzając pobliski targ. Fascynuje go zwykła codzienność jak kupno chleba na bazarze („Wybór chleba”), czy lot jaskółek nad dachami domów: Rabują podczas lotu, puste dachy wydają im się pewnie zdobytym krajem („Cisza domów i pustka dachów”). 

Interesują go ludzie: grupa niewidomych modląca się na ulicy, dzieci żebrzące w pobliżu restauracji, kobieta stojąca w oknie, mówiąca coś do siebie w niezrozumiałym dla niego języku. Melodia tego języka odurza go: Jej słowa płynęły jak ze źródła i zlewały się ze sobą; nigdy nie słyszałem pieszczotliwych słów w tym języku, ale czułem, że są właśnie takie. Największe znaczenie odgrywają tu drobne szczegóły, niby niewiele znaczące detale. Canetti pisze prosto i bardzo sugestywnie:

Na sukach pachnie korzeniami, jest chłodno i barwnie. Zapach, zawsze przyjemny, zmienia się stopniowo, zależnie od charakteru towarów. Nie ma nazw ani szyldów z cenami, nie ma oszklonych witryn. Wszystko, co na sprzedaż, leży na straganach. Nigdy nie wiadomo, ile coś będzie kosztowało, na towarach nie ma wypisanych cen, bo nie są stałe.

Jest dociekliwym obserwatorem,  ma czas, by niespiesznie poznać nowe miejsca, by się zatrzymać i utrwalić sobie te obrazy, dźwięki, zapachy. Błądzenie po Marrakeszu to dla niego bodziec do głębszej refleksji nad różnorodnością kulturową, nad ludźmi i ich wzajemnym stosunkiem do siebie, nad nędzą i ubóstwem.  Ujmująca jest ta jego szczerość i wrażliwość.  

Moja ocena: 4,5/6 


 Elias Canetti
Głosy Marrakeszu. Zapiski po podróży
Wyd. Słowo / Obraz Terytoria 2013
tłum. Maria Przybyłowska 


„Życie nie zawsze układa się tak, jak człowiek to sobie wyobraża. Tego też musisz się nauczyć.”
- Lars Saabye Christensen, Beatlesi


Otwieram książkę i przez pierwsze kilkadziesiąt stron, czuję zapach jabłek i dusznego lata - wprost idealnie w te długie zimowe wieczory. Gdzieś w zakamarkach umysłu słyszę utwory Beatlesów i z wypiekami na twarzy, zasiadam razem z czwórką równych chłopaków wokół gramofonu, wsłuchując się w kolejne utwory brytyjskiego zespołu: Help, Yellow Submarine, Strawberry Fields Forever... Każdy utwór to osobny rozdział w czyimś życiu. W tak przyjemny sposób wciąga w swój świat norweski pisarz Lars Saabye Christensen. Wbrew temu jakie myśli nasuwa tytuł powieści, „Beatlesi” to nie książka o cudownej czwórce z Liverpoolu, a o cudownej czwórce z Oslo: o Kimie, Gunnarze, Oli i Sebie oraz o niezwykłej przyjaźni jaka ich połączyła.

Głównym bohaterem jest Kim. To jego oczami spoglądamy na stolicę Norwegii lat 60. i 70. Kim i jego trzej przyjaciele ze szkolnej ławki są bez reszty zapatrzeni w zespół The Beatles - bo to przecież „zwykli chłopcy, którym się udało.” Obowiązkowo zapuszczają spadające na oczy grzywki, jednocześnie tocząc z rodzicami zaciekłą wojnę, o to aby ich nie ścinać (nie zawsze wygraną). Dołączają do swoich rówieśników szturmujących kasy kin, by ujrzeć swoich idoli na dużym ekranie. Wśród tysięcy ogarniętych beatlemanią, ta czwórka całym sercem wierzy, że są ich najprawdziwszymi fanami. To właśnie ta wiara i muzyka połączyła ich na całe lata. 

„Każdemu wręczono szmacianą piłeczkę, trzy rzuty, i po puszkach. Za chwilę trzymaliśmy w rękach ogromnego misia, ale z nim przecież nie mogliśmy się włóczyć, oddaliśmy go więc malutkiej dziewczynce ubranej w strój ludowy. W taki dzień dobry uczynek był jak najbardziej na miejscu, teraz z czystym sumieniem mogliśmy wymyślić jakieś draństwo.”

Życie Kima, Gunnara, Oli i Seba rządzi się wszelkimi prawami młodości. Jest w nim miejsce nie tylko na muzykę, ale i zwariowane pomysły i przygody: szkolne potańcówki, mecze piłki nożnej, biwakowanie, założenie własnego zespołu, podróż autostopem przez Europę, pierwsze prawdziwe przyjaźni i miłości, pierwsze bójki i używki, zabawne, bądź bolesne doświadczenia z alkoholem i narkotykami.

Z biegiem lat, chłopcy zmieniają się; zmienia się również ich spojrzenie na otaczającą rzeczywistość. Naiwne, wręcz idealistyczne wyobrażenie o świecie poddane jest konfrontacji z wielkimi wydarzeniami w historii: wojną w Wietnamie, rewolucyjnymi rozruchami na ulicach Oslo, czy też manifestacjami we Francji w ’68. W rezultacie, każdy z chłopców może być coraz bardziej zagubiony, w ich życie zaczyna wkradać się przeraźliwa dorosłość – pierwsza praca, samodzielność, wyprowadzka z domu. Autor snuje swą opowieść o tym jak dziwnie los plecie nasze ścieżki życia.

Christensen już po kilku pierwszych stronach skradł moje serce i pobudził apetyt na więcej. To przede wszystkim zasługa narracji; prostej, cudownie szczerej i często zabawnej. Szczegółowością opisów autor stworzył wprost magiczny klimat. Podczas lektury ma się przed oczami własną młodość. Mimo całej magii i urokliwości, książka niesie nieco przygnębiające przesłanie: bez względu na wszelkie marzenia i plany, życie zawsze ma przygotowany dla nas swój własny scenariusz i „nie zawsze układa się tak, jak człowiek to sobie wyobraża”. Tego chyba musimy nauczyć się wszyscy.

Moja ocena: 5/6


Lars Saabye Christensen
Beatlesi
Wydawnictwo Literackie 2016
tłum. Iwona Zimnicka


 Kiedy za oknem szaro, buro i ponuro, a jesienna plucha wbija w fotel i nie pozwala wyłonić nosa za drzwi mieszkania, nie pozostaje nic innego jak otulić się ciepłym kocem, wziąć kubek pysznej kawy lub herbaty i czytać: o egzotycznych, tropikalnych puszczach, płonącym słońcu, ciężkim, wilgotnym powietrzu i dzikich plemionach, zamieszkujących gdzieś odległe krańce świata. Taki właśnie klimat niesie powieść „Euforia”, amerykańskiej pisarki Lily King. Ta mocna i rzeczowa książka opowiada o zderzeniu cywilizacji, spotkaniu dwóch zupełnie różnych światów i zasad, które nimi rządzą. Częściowo jest oparta na faktach, w dużej mierze ubarwiona bogatą wyobraźnią autorki. Osią samej fabuły są jednak skomplikowane relacje między ludźmi… a zwłaszcza między trójką ludzi. 

Ale zanim do samej historii przejdę, warto wspomnieć o pewnej ważnej postaci, która stała się inspiracją do powstania książki. Jest to znana i dość kontrowersyjna antropolog Margaret Mead,  która w 1932 roku, wraz z mężem Reo Fortunem zdecydowała się na wyjazd do Nowej Gwinei, aby przeprowadzić badania nad plemionami zamieszkującymi okolice rzeki Sepik. Już we wcześniejszych latach, Mead niejednokrotnie zagłębiała się na tereny Oceanii - przedmiotem jej zainteresowań naukowych była kultura ludów pierwotnych. Jej głośne publikacje Dojrzewanie na Samoa (1928) i Dorastanie na Nowej Gwinei (1930) przyczyniły się do rewolucji seksualnej lat 60. XX wieku. Podczas poszukiwań nowego tematu badawczego w Nowej Gwinei, Mead i Fortune spotkali swojego kolegę po fachu, biologa Gregorego Batesona. Spotkanie to na zawsze odmieniło życie tej trójki. Stało się również motywem przewodnim „Euforii”.

Margaret Mead i Gregory Bateson przy pracy

 King udało się tu odmalować parne wyspy Oceanii, oraz stworzyć mocne i wyraziste postaci: Nell, Fen i Bankson to trójka antropologów zajmująca się badaniem zwyczajów innych kultur. Nell to kobieta silna i ambitna, oddana swojej pracy i pasji. Jest skrupulatnym i drobiazgowym obserwatorem, któremu nie umknie nawet najmniejszy szczegół. Jej mąż Fen to typowy samiec alfa. Jest utalentowany, świetnie włada językami i obsesyjnie stara się znieść wszelkie bariery, które go ograniczają. Do ich świata przepełnionego zapiskami naukowymi, oraz wszechobecnym zmysłem obserwacji pewnego dnia wkracza cichy, spokojny i udręczony samotnością Bankson. Pragnie pomóc młodemu małżeństwu odnaleźć plemię do badań. W tak małym, ciasnym, wręcz klaustrofobicznym środowisku relacja pomiędzy tą trójką staje się niezwykle skomplikowana. Wzajemna fascynacja przeradza się w pożądanie, to z kolei budzi zazdrość i agresję. Niejednokrotnie, te prymitywne odczucia odnajduje w sobie i swoich kolegach Nell; emocje, które antropolożka miała okazję zaobserwować podczas badań nam mieszkańcami wioski. King przewrotnie uczyniła tutaj naukowców obiektem wnikliwej obserwacji czytelnika. Obnażyła ludzkie słabości, ułomności i wady, nie zapominając, by przedstawić również siłę empatii, zrozumienia, przyjaźni i miłości. Dała nam wgląd w pracę antropologów. 

Proza King jest gęsta od emocji, soczysta, literacko wysmakowana. Jej styl pisania przejawia się surowością opisu, epatowaniem czytelnika szeregiem odrażających detali, przywoływaniem drastycznych scen.  Język jest niezwykle naturalistyczny, dosadny. „Euforia” rozpala wyobraźnię i wciąga w dzikie puszcze. To książka która zasługuje na uwagę, choć wydaje się być bardzo niepozorna, potrafi zahipnotyzować, zainteresować i skłonić do dalszych poszukiwań na ten temat antropologii i Margaret Mead.

Moja ocena: 4,5/6 

Lily King
Euforia
wyd. Rebis
tłum. Ewa Ledóchowicz